środa, 21 listopada 2012

Domowe późne śniadanie... z Frankie i Johnny ;-)






To co uwielbiam to późne, domowe śniadania... Takie koło południa. nie ma nic cudowniejszego, niż pozamulać do południa w piżamie :-) 

Uwielbiam rano marnować czas z kawą... godzinę później z herbatą... i znów z kawą przy kompie... No dobra, nie musi być to marnowanie czasu - ale dziś akurat tak było ;-)





Od dwóch tygodni marzyło mi się domowe śniadanie - jajecznica lub jajko sadzone. Wygrało sadzone. A to dlatego, że ostatnio oglądałam film "Frankie i Johnny" z Michelle Pfeiffer i Al Pacino, którego uwielbiam! Urocza historia o lęku, pragnieniach i miłości dzieję, że w małej knajpce, gdzie klienci na przemian zamawiają jajka na bekonie lub kurczaka... :-)


Z boczkiem i tym "jak" jest zrobiony różnie bywa, więc skwarki usmażyłam z suszonego mięsa. Na surowo oczywiście też trochę zjadłam.



Dwa jajka, trochę mięsa, odrobina surowych warzyw i jabłuszko... 5 minut smażenia...


Gotowe!




Szybko przygotowałam... Szybko zjadłam... ;-)


piątek, 16 listopada 2012

W sanatorium... śniadanie... kolacja...




Kiedy moja Pani doktor skierowała mnie do sanatorium wyszukałam w necie sanatoria, które skierowane są do osób na diecie bezglutenowej. Niestety pracownicy NFZ nie doszukali się takich, bądź nie doczytali uwagi lekarki mówiącej o celiakii.

Kiedy przyszedł list z NFZ dowiedziałam się, że jadę do Ciechocinka, wyszukane przeze mnie ośrodki nie znajdują się w Ciechocinku... Temat żywienia był dla mnie wielkim znakiem zapytania, nastawiałam się na przewlekły głód i żywienie się w mieście.

W czepku urodzona trafiłam do sanatorium, w którym zebrała się naprawdę świetna ekipa pracowników, zarówno rehabilitantów, jak i Pań zajmujących się żywieniem - co dla mnie również ważne. W tym momencie mocno ściskam wszystkie Panie i dziewczyny ze stołówki i kuchni, nie bez powodu. Ani jednego dnia nie potraktowały tematu moje jedzenia i mnie, jak problemu. A problemem w jakiś sposób jestem - jem inne śniadania niż pozostali kuracjusze, prawie zawsze inne zupy (nie zabielane, bez makaronu) i często inny obiad, szczególnie od czasu kiedy zaczęłam czytać menu i pytać "Czy dziś mogę zjeść zrazy zamiast kurczaka?".  Moje prośba zawsze zostaje spełniona. Efektem mojej prośby jest więcej pracy w kuchni, ponieważ Pani pełniąca dyżur specjalnie dla nie musi osobno ugotować kawałek mięsa... Wielkie dzięki za to! ;-)







Podczas śniadań również jestem ponadplanowym zadaniem. Zazwyczaj wszyscy dostają wędlinę, ser lub serek topiony, jakieś warzywa, twarożek lub pastę, cukrzycy - owoc lub jogurt. Dla mnie Panie szykują osobny talerz, z pieczonym lub gotowanym mięsem, warzywami, czasem twarożkiem. Codziennie rano dostaję owoce w ramach drugiego śniadania.








Podczas kolacji znów Panie muszą o mnie pamiętać. Zamiast wędliny - gotowane lub pieczone mięso, zamiast chleba - wafle ryżowe, kiedy wszyscy jedzą jedzą jajka w majonezie lub pastę z twarożku - dla mnie Panie szykują jajko bez majonezu. I tak codziennie. Niby mała rzecz, ale przy żywieniu pod stu osób taka mała dodatkowa czynność kradnie cenny czas...




Jak widać mój talerz wyróżnia się w tłumie talerzy...

Panie są niesamowite! I zawsze uśmiechnięte! Uwielbiam je wszystkie! :-)

Tak, to ich będzie mi brakowało w domu! :-)









Sanatorium "Zdrowie" - od kuchni ;-) Robimy zrazy!



Dziś zabieram Was na wycieczkę nie dla każdego dostępną... Tuż za sanatoryjną stołówką znajduje się kuchnia, miejsce dostępne tylko dla pracowników kuchni i stołówki!

Wszystkie Panie pracujące w pionie żywnościowym dobrze wiedzą, że swojego miejsca pracy wstydzić się nie muszą. Kuchnia nie dość, że jest świeżo wyremontowana, to czyściutka, jakby dopiero co wyszła z niej ekipa sprzątająca... Kiedy spytałam, czy mogę przyjść do kuchni z aparatem - Panie bez wahania powiedziały, że nie mają nic przeciwko, jednak poprosiły bym o zgodę poprosiła Prezesa.  Zgodził się.

Przy pierwszej wizycie w kuchni trochę się pogubiłam, większość "garnków" nie przypomina naczyń, które znam z domu :-)






Sprzęty kuchenne, które wyglądają jak domowe, albo są jakiś dziwnych wielkich rozmiarów.... albo przerażają ilością.... jest ich więcej niż w dobrze wyposażonym sklepie...






Kiedy już oswoiłam się z kuchnią, która wygląda jak mała nowoczesna fabryka... Wykorzystałam sytuację, Pani Kucharka nauczyła mnie robić zrazy :-)

Do zrazów potrzebna jest wołowina, akurat Pani przygotowywała zrazy wieprzowe, ale doradzała wołowinę, jeśli chciałabym zrobić tradycyjne zrazy. Mięso należy bardzo dobrze rozbić, to podstawa! Nasze zrazy nadziewane były ogórkiem kiszonym, cebulą i boczkiem. Pani powiedziała, że można tez dodać marynowane grzybki a mięso posmarować musztardą.











Ogórka kiszonego, cebulkę i boczek kładziemy na rozbitym mięsie i zawijamy. Pani cała operacja zajmowała może pół minuty! Lata wprawy! Dla mnie tempo nie osiągalne :-) 


Zrazy są równe jak od linijki!




Po przygotowaniu zawijasów mój zraz i reszta rozstały się - mój bezglutenowy wylądował w folii a następnie w piecu. Reszta trafiła do brytfanki, zastała posypana mąką i dusiła się w czymś co funkcjonuje jak garnek, ale na pewno nie wygląda jak garnek ;-)

Zrazy były doskonałe... Niestety jak zapachniały zajęłam się jedzeniem i nie zrobiłam zdjęcia gotowego zraza...  Był pyszny!

wtorek, 13 listopada 2012

Filmowo.... Backstage.. ;-)




Nikt tak nie gotuję jak Kasia i ja ;-)

Santa nawet bezmięsną zupę by wsunęła, hehe




Kontrola świeżości i ilości ;-)




W kuchni obowiązuję wygodne obuwie ;-)



Jak widać - zupa udana, a jaka? To ujawnię podczas filmowego gotowania w grudniu! ;-)